W pogoni za słońcem - Albania

Updated: Jan 30



Wjechaliśmy do Albanii bez najmniejszych kłopotów. Celnik nas przywitał łamanym „Dzień Dobry” po polsku, zabrał paszporty, i poszedł do budynku. Na granicy nikt o nic nie pytał, czy mamy jakieś testy na Covid, czy przejazdem… Nic… Żadnego kompletnie zainteresowania ze strony celnika. Mówiliśmy że mamy psa ze sobą, i daliśmy paszport zwierza, ale strażnik to kompletnie zignorował.


Czekając na nasze paszporty, zobaczyliśmy jakiegoś starszego Albańczyka, który serdecznie pomachał i uśmiechnął się do nas na przywitanie. Jakieś pieski chodziły sobie po przejściu granicznym. Jakieś się wylegiwały na słońcu, ogólnie panująca sielanka. Spokój, jaki panował na tym przejściu granicznym, był niesamowity. Nikt nas nie poganiał, nikt się nie denerwował, nikt nie krzyczał. Celnik wrócił z dokumentami niespiesznym krokiem, i na dowidzenia powiedział: „Polska!". Odebraliśmy paszporty i ruszyliśmy w kierunku Tirany. Od samego początku Albanii, widoki były niesamowite. Przywitała nas rozlana rzeka wzdłuż drogi, śnieg na szczytach gór, sporo deszczu, zadziwiająco ciepło jak na otaczające góry. Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się na parkingu, by podziwiać dzikie rozlewisko rzeki w sąsiedztwie jakiejś dziwnej budowli wyglądającej na zamek, przerobiony na prawdopodobnie hotel lub restaurację. Po krótkiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej na południe.


Przejeżdżając przez małe miejscowości po drodze do Tirany zauważyliśmy, że Albania to kraj mercedesów i bezpańskich psów, oraz niedokończonych budynków. Niemal wszystkie samochody to mercedesy, od osobowych, przez dostawcze, aż po ciężarówki. Od najstarszych po najnowsze. I te bezpańskie psy-wszechobecne… Chodzą sobie po ulicy, niespecjalnie przejmując się samochodami, watahami chodzą po śmietnikach i szukają jedzenia. Nie są agresywne w stosunku do ludzi, raczej się boją. Wjechaliśmy na „autostradę” . Zauważyliśmy, że wzdłuż drogi, co kilka kilometrów jest stacja benzynowa z kawiarnią, serwisem samochodowym i Wi-Fi ogólnodostępnym. I myjnie samochodowe, wszędzie...

Albańczycy jeżdżą strasznie, kto większy ten ma pierwszeństwo. Wkrótce mieliśmy się o tym przekonać. Minęliśmy Tiranę i pojechaliśmy w kierunku Durres, w poszukiwaniu jakiegoś kempingu na noc, licząc że coś będzie otwarte, bo to przecież wypoczynkowa miejscowość.

Wjechaliśmy do miasta i… przeżyliśmy szok… Piękne nowoczesne miasto, ruch potężny, każdy jedzie jak chce. Masa kolorowych neonów, nowoczesnych sklepów i galerii. Miasto urządzone z przepychem w stylu nieco arabskim, może trochę w cygańskim stylu. Po kilkunastu minutach krążenia po mieście w godzinach szczytu, z przyczepą kempingową, i bez działającej nawigacji, udało nam się wyjechać na obrzeża i w końcu na „autostradę”.

Jadąc dalej w kierunku południowym, na Sarandę, zauważyliśmy znak kempingu, i postanowiliśmy się zatrzymać. Ale znalezienie kempingu w Albanii, nawet jak ma się znaki, nie jest łatwe... Pytaliśmy o drogę na stacji benzynowej i, o dziwo, barman znał angielski więc powiedział że to gdzieś tu, ale do końca nie jest pewien, i że musimy jechać dalej do wioski. Padał ciężki deszcz, i zrobiło się późno, zmęczenie dawało o sobie znać nam wszystkim. Poddenerwowani, mijaliśmy po drodze kilka znaków mówiących że się zbliżamy do naszego miejsca biwakowania ale niestety nie udało nam się go znaleźć. Zrezygnowani i zmęczeni staliśmy na środku drogi, na szczęście na jakiejś lokalnej, mało uczęszczanej, zastanawiając się co robić dalej. Wtem podjechała beemka, i jakiś Albańczyk zapytał czy wszystko jest w porządku i czy nam pomóc. Wytłumaczyliśmy, że szukamy miejsca na nocleg i lekko się pogubiliśmy. Mężczyzna pomyślał chwilę, po czym kazał jechać za nim. Po kilku minutach dojechaliśmy do jakiejś polnej dróżki, na której końcu miał się znajdować cel naszej wędrówki na dzisiaj.

Podziękowaliśmy i ruszyliśmy w kierunku „kempingu”. Od razu wydało nam się coś nie w porządku… Droga dojazdowa na kemping w takim stanie? Mnóstwo dziur i nierówności, droga wąska i zarośnięta, jakby nikt tędy nie przejeżdżał od dawna czymś większym od osobówki. Po przejechaniu 20 metrów, z prędkością mniejszą od maszerującego żołnierza, myśleliśmy, że przyczepa się rozleci na kawałki. Znów zaczęliśmy się zastanawiać, jak turyści w „wypasionych” kamperach lub z przyczepami kempingowymi mogą dojechać do miejsca biwakowania po takiej drodze nie uszkadzając pojazdów, lub nie tłukąc zastawy obiadowej, tak cennej w każdej podróży.

Wziąłem latarkę i poszedłem na zwiady. Po pięciu metrach „spaceru”, wpadłem w kałużę o głębokości powyżej mojej kostki (a mam 188 cm wzrostu), woda zalała mi buta od wewnątrz. „Szlag by to…" - pomyślałem. Po kilkunastu metrach doszedłem do drogi, wyłożonej płytkami. Piękna równa nawierzchnia… Niestety, tylko kawałek, bo akurat był tu hotel, również niedokończony, ale przynajmniej z dojazdem. Po kilku metrach, znów zszedłem na polną drogę, i tak już było cały czas… Nie zauważyłem żadnego kempingu!! Tylko morze, jakieś dwa hotele, jeden działający, drugi niedokończony, jakiś rozwalający się blaszak, łodzie na brzegu morza, i to wszystko….

Zrezygnowany, wróciłem do samochodu i oznajmiłem, że tam nie ma żadnego pola kempingowego, ani w ogóle nic, poza hotelami. Zdecydowaliśmy, że zostajemy tu na noc, ponieważ jest późno, pada i jesteśmy zmęczeni. Zaparkowaliśmy przyczepkę, potem kolacja, wieczorna toaleta i do łóżek. Chwila relaksu przy lekturach i ...zgon. Padliśmy jak muchy.

Jednak noc, oprócz snów, przyniosła kilka innych niespodzianek. To było niezapomniane przeżycie. Burza, grzmoty, pioruny i niesamowita ulewa. "Puszka", w której nocowaliśmy, jeszcze potęgowała wrażenia. Pies nie dawał nam spać, kręciła się po łóżku, piszczała, trzęsła się jak galareta, chowała się między schowkami pod łóżkiem. Zachowywała się irracjonalnie. Nie wiedzieliśmy, co z nią zrobić i jak jej pomóc. Nagle… wybuch jak z armaty, błysk taki, że w sekundę, na kilka sekund zrobiło się jasno jak w dzień. Potem grzmot, który sprawiał wrażenie jakby wielkie głazy przetoczyły się po okolicy, sprawiając, że wszystko się trzęsło i wibrowało. Opady deszczu były tak duże, że mieliśmy uczucie jakby ktoś stał na zewnątrz, i polewał przyczepę wodą z myjki ciśnieniowej. Błyski i grzmoty były tak silne, i do tego tak niewiarygodnie blisko nas. Pomyślałem, iż to trzęsienie ziemi, że „niebo wali nam się na głowę”. Widziałem wiele burz, ale ta była gigantyczna… Echo grzmotów i rozbłyski towarzyszyły nam do trzeciej, może czwartej nad ranem, aż wreszcie się uspokoiło. Zasnęliśmy twardym snem.

Obudziliśmy się następnego dnia, obawiając się krajobrazu po burzy i jej skutków. Zrobiłem poranną kawę, i wyszedłem na zewnątrz przyczepy, by zrobić rekonesans. Zaniemówiłem… Oprócz pięknej pogody, moim oczom ukazała się bajeczna wyspa, z mostem prowadzącym do brzegu, z mnóstwem parasoli pokrytych strzechą bambusową, i chyba jakimś niewielkim budynkiem, który był schowany za szpalerem niskich, ale rozłożystych drzew. Pomyślałem sobie, że właśnie dla takich chwil się żyje. Wziąłem haust powietrza, świeżego nadmorskiego, i jeszcze po burzy. W połączeniu z kawą, od razu dał mi energię na eksplorację.



Pełni zaszczepionego przeze mnie entuzjazmu ruszyliśmy na odkrywanie okolicy, w której, chcąc nie chcąc, utknęliśmy podczas burzy stulecia. Po przebrnięciu przez dziurawą, i pełną pułapek drogę dotarliśmy na brzeg pięknego niebieskiego morza, usłanego sporą ilością muszelek różnego rodzaju i rozmiaru, i łódek rybackich. Idąc brzegiem, dotarliśmy do pozostałości po kempingu. Wiaty, niegdyś chroniące kampery, lub przyczepy przed słońcem, dziś straszyły swoim stanem. Połamane słupki, resztki po strzesze bambusowej, gdzie nie gdzie, jakieś resztki pozostałe ze skrzynek elektrycznych, do których podłączasz swój „obóz”. Widać było, że kiedyś tu był kemping, i to naprawdę fajny. Tuż nad brzegiem, z przepięknym widokiem na morze z tą bajeczną wysepką. Właśnie..., kiedyś. Teraz to zaledwie zgliszcza, jakieś resztki infrastruktury.

Albania, to kraj sprzeczności. Z jednej strony zgliszcza i zniszczenie, a z drugiej, dosłownie z drugiej, 5-cio gwiazdkowy hotel, widać na pierwszy rzut oka, że urządzony z przepychem i elegancją. Zadbana zieleń, piękny równiutki podjazd, masa różnych kwiatów, a całość okolona równym murem z kamienia. Po uwiecznieniu okolicy na zdjęciach, wróciliśmy do naszego „osiołka” z przyczepą, zapakowaliśmy się, i zafascynowani, ruszyliśmy dalej w kierunku Sarandy.

Początkowo droga była przyjemna, płaska, w miarę prosta, odpowiednio szeroka, z umiarkowanym ruchem, głównie w okolicach jakiś miast lub miasteczek. Z czasem, oddaliliśmy się od cywilizacji i zaczęliśmy się wspinać w góry, a droga robiła się coraz bardziej kręta i stroma, z ostrymi podjazdami, i takimi samymi zjazdami.

Pogoda również zaczęła się zmieniać. Stała się bardziej zimowa, surowo górska, z ciężkimi chmurami o stalowo-szarym kolorze, złowieszczo wyłaniającymi się znad ośnieżonych szczytów górskich. Słońce się za nie schowało i wzmógł się silny i porywisty wiatr. Zgłodnieliśmy, wyszukaliśmy jakiś przydrożny bar, i zatrzymaliśmy się. Byłem głodny jak wilk, więc postanowiłem zjeść porządny obiad, z zupką i drugim daniem, najlepiej coś lokalnego. Myślę, że dziewczyny też były głodne, bo bez większych i dłuższych dyskusji ustaliliśmy, co zjeść. Korzystając z toalety, zauważyłem, że nie ma normalnej muszli klozetowej, tylko dziura w podłodze, ale taka „nowoczesna”, z miejscami na stopy oraz bidetem. Nieco zdziwiony , dołączyłem do dziewczyn, ale spostrzeżenie zostawiłem dla siebie. Czekając na posiłek, wypiliśmy kawę, której sposób podawania był identyczny jak we Włoszech. Mała espresso, czarna i piekielnie mocna, podawana z wodą mineralną w malutkich filiżankach.

Po kawie, na stół zawitały nasze potrawy: zupa jarzynowa, bardzo w smaku przypominająca polską, na śmietanie, a na drugie pieczona wołowinka, cienkie plastry perfekcyjnie wypieczone, w ilości takiej, że jeszcze nasz piesek miał co jeść. Po daniu głównym, dostaliśmy lokalny deser, choć nie zamawialiśmy, wraz z jakimś kefirem, lub mlekiem, którego nikt z nas nie spróbował . Deser miał konsystencję galaretki, o smaku owocowym, ale bardzo słodki. Jako jedyny zjadłem cały kawałek. Po opłaceniu rachunku, uzupełnieniu zapasów wody, znów wyruszyliśmy w trasę. Oczywiście w kierunku Sarandy. Po drodze mieliśmy jeszcze tylko jedno, większe miasto - Gjirokastra, położone „zaledwie” 40 km. od Sarandy. Piszę „zaledwie”, bo droga okazała się wijącą jak długa nitka spaghetti. Wznosiła się gwałtownie w górę, kilkaset metrów, by zaraz spadać w dół, do zakrętu pod kątem 30-35 stopni, i znów pod górę. Nie najlepsze pierwsze wrażenie, zwłaszcza, że ciągnęliśmy przyczepę, pogoda była paskudna, a „Lokalsom” bardzo się spieszyło, i tym za nami, i tym z przeciwka. Ci za nami, jak tylko mieli okazję, to wyprzedzali jak zwariowani, ci z przeciwka natomiast, nagminnie jeździli na światłach długich, i zapominali je wyłączać, kiedy zbliżał się samochód z przeciwka, dodatkowo jechali środkiem drogi, albo ścinali zakręty. Po dwóch godzinach jazdy 22 kilometrów, jak na „rollercoasterze”, wreszcie zaczęły migotać w oddali światła miasta. Im bliżej zabudowań miejskich, tym droga coraz lepsza.



Dojechaliśmy wreszcie na przedmieścia Sarandy, do kempingu, który istniał na mapie googla, natomiast w rzeczywistości okazało się to puste miejsce, co nas w ogóle nie zdziwiło. Na szczęście dla nas, nieopodal był kolejny kemping, bez trudu udało nam się odnaleźć właściciela, który mnie zaprosił na kawkę. Marta zajęła się parkowaniem przyczepy, i rozstawianiem, a ja poszedłem na kawę. W życiu trzeba się umieć ustawić :). Na miejscu właściciel zrobił mi kawę, małą, espresso, i nalał szklaneczkę przezroczystego płynu. Myślałem, że to woda mineralna na styl włoski, ale okazało się, dość szybko, że to rakija, tutejszy trunek, wytwarzany samodzielnie przez właściciela kempingu. Wypiłem rakiję i kawę, zapłaciłem za nocleg, podziękowałem i wyszedłem. Kiedy wróciłem na plac, przyczepa była zaparkowana, wystarczyło podłączyć prąd, i korzystać z plusów posiadania domu na kółkach….. Od dnia następnego zaczynamy „ Albańską przygodę”.

16 views0 comments

Recent Posts

See All

© 2020 by Rock And Sea.